Okiem byłego prezydenta: system wodzowski degeneruje życie polityczne, promuje miernoty i ostatecznie niszczy państwo

Andrzej Szlęzak.
Donald Tusk wrócił do krajowej polityki. Gdybym miał o tym decydować w głosowaniu, to byłbym za, ale bym się nie cieszył. Patrzę na to ze strony, którą mało kto dostrzega. Ten powrót prawie nic nowego nie mówi o Tusku, ale wiele mówi o poziomie życia politycznego w Polsce, a zwłaszcza o systemie partyjnym.
Nie wiem czy Tusk wrócił do krajowej polityki, bo chciał, ale uważam, że bardziej wymusiła to na nim sytuacja. Być może myślał o powrocie niczym prorok stąpający po tafli jeziora, a jego tryumfalny pochód byłby zwieńczeniem politycznej kariery. Tak się nie stało. Powrót Tuska przypomina przedzieranie się przez grząskie bagno, gdzie trzeba się mocno oganiać przed kąsającymi insektami i miast być niesionym przez politycznych akolitów, trzeba uważać, bo niektórzy chcieliby w bagno wciągnąć, a inni bez jego pomocy z bagna się nie wygrzebią. To trudna sytuacja, ale nowy – stary lider Platformy Obywatelskiej sam jest temu winien. Zanim opiszę o co mi chodzi w tym wypadku, potrzeba myśli szerszej, pokazującej coś, co uważam za jeden z największych mankamentów polskiej polityki ubiegłych dwudziestu lat.
Wspomnianym mankamentem jest wielokrotnie krytykowany przeze mnie system partyjny i powstały na tym tle system wodzowski w kierowaniu partiami. Twórcami systemu wodzowskiego są Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. System wodzowski w określonych okolicznościach ma swoje zalety. Są to jednak sytuacje nadzwyczajne i krótkotrwałe. Jego trwanie w dłuższym okresie czasu przynosi skutki fatalne i teraz mamy z nimi do czynienia. Każdy wielki ruch polityczny, by utrzymywać swą rangę powinien być wielopokoleniowy i wielonurtowy. Każdy wielki przywódca wie, że jego władza i polityczne wpływy powinny być miarkowane myślą o przyszłości i następcach. Jeśli przywódca tak nie myśli, to koncentruje się na umacnianiu swojej władzy w czym tępienie potencjalnych konkurentów jest jednym z najważniejszych działań. W efekcie wokół takiego przywódcy nie ma ludzi wybitnych, którzy w przyszłości mogliby przejąć stery partii i zapewnić jej wygrywanie różnych politycznych batalii. Zamiast tych wybitnych, ale mających swoje zdanie, pojawiają się chmary miernych, całkowicie posłusznych i dyspozycyjnych wobec wodza. Po odejściu takiego przywódcy partia traci na znaczeniu, a zamiast harmonijnego wprowadzania do kierowniczych gremiów młodszych polityków i rywalizacji różnych nurtów, dochodzi do przepychanek młodych karierowiczów i bezpardonowej walki frakcji i koterii, co jest zazwyczaj żywiołem młodych karierowiczów.
Do takiej sytuacji zbliżyły się dwie największe polskie partie, czyli Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. Donald Tusk zaprowadził w PO system wodzowski. Odszedł z partii i od razu pokazały się skutki tego systemu. PO nie potrafiła wyłonić lidera, który sprostałby nie rywalizacji w ramach prawa i dobrych obyczajów, ale brutalnemu konfliktowi z PiS. Struktury partii zaczęły się kruszyć, a mniej lub bardziej znaczący politycy odchodzili do rosnącej w siłę konkurencji. PO groziła katastrofa, ponieważ coraz mocniej zaczął jej zagrażać ruch Szymona Hołowni. Zatem Donald Tusk bardziej ratuje przed upadkiem i pewnie rozpadem niż dostarcza nowych impulsów i trzeba przyznać, że może mu się to udać. Jednocześnie póki co nie widać, że po ewentualnym przejęciu władzy nie wrócą nawyki, które spowodowały tej władzy utratę. Obawiam się, że Tusk już inaczej nie potrafi kierować niż poprzez system wodzowski.
Wodzostwo Jarosława Kaczyńskiego w PiS jest daleko bardziej posunięte niż Tuska w PO. O ile PO już musiała sobie radzić po odejściu wodza, to PiS tego jeszcze nie przeżywał, a twierdzę, że jak do tego dojdzie, to nie przeżyje. Kaczyński równie bezwzględnie usuwał co wybitniejsze postacie, co ze zdumiewającą konsekwencją skupiał wokół siebie wyjątkowe miernoty, ale gotowe zrobić na jego polecenie, życzenie czy tylko sugestię każde łajdactwo.
Kaczyński i PiS w inny sposób doświadczyli złych skutków systemu wodzowskiego. Dla zobrazowania tej sytuacji sięgnę do błyskotliwego spostrzeżenia profesora Benedykta Zientary, który charakteryzując rządy Iwana Groźnego, stwierdził, że nic tak nie anarchizowało życia publicznego w Rosji, jak skrajny zamordyzm cara. Nie snuję tu bezpośrednich analogii między Iwanem Groźnym, a Jarosławem Kaczyńskim, bo było by to fałszywe i groteskowe. Jednak co do metody rządzenia już tak. Kaczyński przez swoją bezwzględną władzę w PiS i całkowitą dyspozycyjność partyjnego aparatu paradoksalnie zanarchizował wewnętrzne stosunki w partii. Właśnie tym jest gigantyczna fala kumoterstwa i nepotyzmu. Musiało to przerazić samego Kaczyńskiego, skoro ośmielił się publicznie zapowiedzieć walkę z tym. Oczywiście nie wierzę w żadną skuteczność tych zapowiedzi. Nepotyzm i pazerność na stanowiska, posady i pieniądze, to cena za bezwzględne posłuszeństwo. Żeby nad tym zapanować Kaczyński musiałby zastosować metodę stalinowskich czystek, czyli jeden aparat partyjny, zastąpić innym. Stalin rozstrzeliwał albo zsyłał do łagrów. Z oczywistych względów w PiS tego nie będzie. Nie będzie zatem wymiany tych, którzy się nachapali i nadal chapią na takich choć trochę bardziej powściągliwych. I znowu moja rodzinna Stalowa Wola jest tego przykładem.
I tak to powrót Donalda Tuska jest powrotem, cofnięciem się do wyniszczającego konfliktu, w którym personalia, afery, haki grają główną rolę. Na razie marny poziom polskiego życia politycznego jeszcze się obniżył. To się może zmienić, ale czy Jarosław Kaczyński i Donald Tusk się zmienią? Czy zrozumieją, że system wodzowski degeneruje życie polityczne, promuje miernoty i ostatecznie niszczy państwo? Chciałbym wierzyć, że tak, ale ciężko mi z tym idzie.
A Państwo wierzycie, że ci politycy potrafią się zmienić?
Andrzej Szlęzak – polski samorządowiec, w latach 2002–2014 prezydent Stalowej Woli
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments